Samokhin Band w Lizard King w Łodzi

Samokhin Band w Lizard King w Łodzi

Powoli do łódzkiej tradycji można zaliczyć, przynajmniej jeden koncert rocznie grupy Samokhin Band w klubie Lizard King. Wczorajszego wieczora, mieliśmy okazję znów pobawić się przy rytmach granych przez ten zespół, który – w 10 osobowym składzie – zaprezentował swój repertuar, znany z dwóch płyt, a także kilka nowych utworów.

Po wejściu do klubu i zajęciu strategicznie najlepszej miejscówki – czyli tej na schodach – można było zacząć przygotowywać się i nastrajać do zbliżającej się muzycznej uczty. Początek koncertu zaplanowany był na godzinę 22 i – co warto podkreślić – rozpoczął się bardzo punktualnie. Muzycy postarali się, aby na ich występie było tak samo jak podczas filmów Hitchcocka, tzn. najpierw trzęsienie ziemi, a następnie rosnące napięcie. Jako pierwszy utwór zagrano bowiem premierowo „Łódź to Ja”. Jak mówił sam lider, kawałek został stworzony tak naprawdę zaledwie przed tygodniem, więc to łódzka publiczność miała przyjemność zapoznać się z nim jako pierwsza. Ta zresztą przyjęła go bardzo gorąco, i bez żadnej przesady można napisać, że szykuje się nam kolejny hit. Zaraz po tej premierze, zespół niejako przedstawił się słuchaczom, grając „Bandę” i od tego momentu już zarówno muzycy jak i publika byli rozgrzani do czerwoności.

Sam koncert podzielony był na trzy części. Pierwszą, kończył największy przebój zespołu, czyli „Anka miłość ty moja”, który zawsze, bez względu na to kiedy i gdzie jest grany, odbierany jest doskonale. Po ok. 45 minutach, nastąpiła pierwsza przerwa na „jednego”. W trakcie drugiej odsłony, zagrano m.in. utwór z tekstem Pani Agnieszki Osieckiej ( Aspiryna blues), a także ze specjalną dedykacją dla „Szefa wszystkich szefów”, motyw z „Ojca chrzestnego”. Brawurowe wykonanie, zakończone głośnym aplauzem publiczności. Poza tym,  łodzianie usłyszeli w czasie koncertu, również m.in. „Cyrk”, „Belamory”, czy „Habibi”.

Do tej pory, koncerty Samokhin Band, przynajmniej te grane w Lizardzie, kończyły się po dwóch częściach, tym razem jednak było inaczej. Muzycy – w 10 osobowym – składzie zagrali również po raz trzeci tego wieczoru. I choć wydawało się, że po „Ance” i „Ojcu chrzestnym”, nie wydarzy się już nic lepszego, to jednak grupa miała przygotowaną niespodziankę. Jako przedostatni zagrano bowiem utwór zadedykowany wszystkim emigrantom – „Hej, Hej, Hej”. Słowa Pavla o tym, że gra ją dla tych, którzy „musieli emigrować przed „czerwonymi”, nie wiedząc, czy wrócą kiedyś do ojczyzny”, chyba na każdym zrobiły wrażenie. Zresztą podczas wykonywania tego utworu widać było ogromne zaangażowanie lidera bandu, co jeszcze bardziej wzmocniło efekt. Dla mnie niewątpliwie największy plus wczorajszej nocy z muzyką Samokhin Band. Zespół pożegnał się z łódzkimi fanami, powtórką z otwarcia, czyli zagraniem na bis „Łódź to Ja”.

Publiczność – bardzo licznie – zgromadzona w pubie na Piotrkowskiej, usłyszała to z czego słynie Samokhin Band, mieszanka stylów muzycznych, od jazzu, przez hip-hop (i bit box, gdzie rządzi Bzyq ), kończąc na… rytmach weselnych :). Poza niezwykłym wokalem – mnie kojarzącym się od zawsze z Louisem Armstrongiem – charyzmatyczny lider, zaprezentował też swoje umiejętności gry na instrumencie. Ja osobiście na zawsze zapamiętam, jak Pavel grał podczas jednego z koncertów na dwóch trąbkach jednocześnie. Wczoraj tego co prawda nie zobaczyliśmy, ale i tak było czego słuchać i na co patrzeć.

Koncert, który rozpoczął się o 22, zakończył się chwilę przed godziną pierwszą. Łodzianie dostali, prawdziwą ucztę muzyczną, a każdy kto się pojawił, z pewnością wyszedł w pełni usatysfakcjonowany.

Słuchając muzyki łódzkiej grupy, pozostaje żałować, że w TV i radiu puszczana jest bardzo złej jakości papka, a brakuje promowania choćby takich bandów. Z drugiej jednak strony, ci wszyscy, którzy zjawili się wczoraj w Lizardzie, mogą czuć się wyjątkowi, gdyż nie każdy miał taką okazję. Dzięki energii, przekazanej przez muzyków, łodzianie „naładowali swoje baterie” na kilka najbliższych miesięcy.

Tekst: Jarosław D.

Zdjęcia: Adam Broniarz